Bezpieczeństwo w Aston Martinach jako nowy priorytet kierowców
Kiedyś właściciel Aston Martina pytał przede wszystkim: „jak brzmi?” i „jak wygląda pod restauracją?”. Dziś coraz częściej wraca do domu i wpisuje w wyszukiwarkę frazy w rodzaju „Aston Martin bezpieczeństwo” czy „jak wypada przy zderzeniu z Porsche 911”. Emocje, dźwięk i prestiż wciąż mają ogromne znaczenie, ale przy mocach sięgających 600–700 KM kluczowe staje się inne pytanie: co się stanie, kiedy coś pójdzie nie tak?
Nowe modele Astona – DB12, Vantage, DBX – rozwijają prędkości aut torowych, ale coraz częściej służą do codziennej jazdy: autostrady, ruch miejski, rodzinne wyjazdy. To nie jest już zabawka na weekend, lecz pełnoprawny środek transportu, który ma chronić właściciela i jego bliskich. Równolegle rośnie presja regulacyjna: normy Euro NCAP, wymogi dotyczące asystentów jazdy, testy zderzeniowe, odpowiedzialność prawna producentów.
Niemieccy konkurenci – Porsche, Mercedes-AMG, BMW M, Audi Sport – funkcjonują w tym świecie od dawna. U nich bezpieczeństwo aktywne i pasywne to twardy element marki, nie ozdobnik w folderze. Aston Martin jeszcze kilkanaście lat temu był głównie „brytyjskim gentelmanem na kołach”: pięknym, szybkim, ale technicznie dość surowym. Dziś musi dogonić rywali, którzy od dekad budują reputację na chłodnej, niemieckiej inżynierii i obsesji na punkcie przewidywalności zachowania auta.
Rosnące moce, coraz wyższe prędkości przelotowe i codzienne użytkowanie sprawiają, że pytanie o bezpieczeństwo Aston Martina przestaje być teoretyczne. Kierowca, który rozważa wybór między DB12 a Porsche 911 Carrera GTS lub Mercedesem-AMG GT, chce zrozumieć nie tylko wyniki testów laboratoryjnych, ale przede wszystkim realne konsekwencje uderzenia w barierę przy 140 km/h czy utraty przyczepności na zakręcie.
Do tego dochodzi aspekt psychologiczny: wielu klientów marek luksusowych oczekuje dzisiaj, że samochód będzie swego rodzaju „ochroniarzem”. Że wybaczy spóźnioną reakcję, zaśnięcie na chwilę za kierownicą, telefon w ręku. Niemiecka szkoła projektowania samochodów przyzwyczaiła użytkowników do tego, że elektronika zawsze czuwa. Brytyjska – szczególnie w wydaniu Astona – długo stawiała na czystą, nieprzefiltrowaną jazdę. Te dwie filozofie zaczynają się jednak zbliżać.
Od surowych klasyków do współczesnych GT: jak Aston Martin dojrzewał do bezpieczeństwa
Era „metal, skóra i kierownica na piersi”
Klasyczne Aston Martiny z lat 60., 70. czy nawet 80. – DB5, V8, pierwsze Vantage – były pod względem bezpieczeństwa brutalnie szczere. Gruba blacha, solidna rama, dużo chromu i praktycznie zerowe strefy zgniotu. W razie zderzenia energia przenosiła się niemal bezpośrednio na kabinę. Dla kierowcy oznaczało to coś, czego dziś mało kto by zaakceptował: kierownica naprawdę „wchodziła w klatkę piersiową”, a pasy często były opcją lub działały w prymitywny sposób.
Poduszek powietrznych nie było wcale, zagłówki były symboliczne, a fotele nastawione na trzymanie ciała w zakręcie, nie na ochronę kręgosłupa przy uderzeniu z tyłu. Poziom bezpieczeństwa odpowiadał standardom epoki – tyle że Aston Martin jeździł szybciej niż przeciętny sedan. W efekcie ryzyko wypadku z poważnymi konsekwencjami było wyraźnie większe.
Dla kolekcjonera dziś to część uroku. Dla kogoś, kto chce takim autem zrobić dłuższą trasę po współczesnych drogach, jest to realne wyzwanie. To trochę jak jazda zabytkowym motocyklem bez ABS – piękne doświadczenie, ale margines błędu praktycznie nie istnieje.
Pierwsze kroki w stronę nowoczesnego bezpieczeństwa
Zmiana zaczęła się powoli wraz z wprowadzaniem kolejnych generacji – DB7, później DB9 i pierwszego nowego Vantage. Poduszki powietrzne stały się standardem, pojawiły się strefy zgniotu zaprojektowane z myślą o pochłanianiu energii zderzenia, a struktura nadwozia przestała być „po prostu mocna”, lecz zaczęła być kontrolowanie podatna w wybranych miejscach.
W tym okresie Aston Martin intensywnie korzystał z wpływów większych koncernów – najpierw Forda, później, w warstwie elektroniki i napędu, Daimlera (Mercedes). To nie był tylko transfer silników i skrzyń biegów; wraz z nimi przyszły kompletne pakiety systemów bezpieczeństwa, standardy testowania, procedury inżynierskie. ABS, kontrola trakcji czy ESP nie były już egzotyką, tylko normalnym wyposażeniem GT.
Mimo to dystans do niemieckich rywali wciąż był zauważalny. Gdy Mercedes rozwijał systemy typu Pre-Safe, a BMW eksperymentowało z aktywnymi zagłówkami i adaptacyjnymi światłami, Aston nadrabiał podstawy: poprawną kalibrację ESP, rozsądne działanie ABS-u na mokrym, przewidywalne zachowanie nadwozia przy dachowaniu.
Technologiczny skok dzięki współpracy z Daimlerem
Największy przeskok jakościowy w bezpieczeństwie nastąpił w momencie szerszej współpracy technicznej z Daimlerem. Nowe generacje infotainmentu, architektura elektryczna z Mercedesa i dostęp do sprawdzonych modułów sterujących otworzyły drzwi do znacznie bardziej zaawansowanych systemów asystujących.
DB11, nowy Vantage, DBX i szczególnie DB12 korzystają w różnym zakresie z niemieckich rozwiązań w dziedzinie aktywnego bezpieczeństwa. Mowa o radarach, kamerach, kontrolerach ESP, układach ABS – to wszystko to elementy, które Mercedes opracowuje od lat, testuje w milionach egzemplarzy i wdraża w całej gamie, od klasy A po S.
Jednocześnie Aston Martin zachował swój własny charakter: kalibracja, interfejs, logika reakcji systemów są dostosowane do specyfiki marki. Tam, gdzie Mercedes potrafi być wręcz nadopiekuńczy, Aston często zostawia kierowcy więcej swobody, choć działanie systemów opiera się na tych samych „klockach” sprzętowych.
Jak w tym czasie odjechali Niemcy
Podczas gdy Aston budował i porządkował fundamenty, niemieccy konkurenci konsekwentnie poszerzali repertuar. Mercedes wprowadzał kolejne generacje Distronic (adaptacyjnego tempomatu) i systemów autonomicznego hamowania. Audi rozwijało Quattro, asystentów zmiany pasa i wyrafinowane LED-owe oświetlenie, BMW – integrację systemów pod kątem „aktywnego bezpieczeństwa dynamicznego” (np. xDrive plus DSC plus aktywny dyferencjał), a Porsche przekuwało doświadczenia z toru na coraz skuteczniejsze systemy PSM, PASM i PDCC.
Na tym tle Aston długo wyglądał jak utalentowany, ale spóźniony uczeń. Miał mocne silniki, piękne wnętrza, ale systemy bezpieczeństwa przypominały raczej „uprzejmy dodatek” niż centralny punkt strategii. Dopiero w ostatnich latach, wraz z ewolucją gamy modelowej i wejściem w segment SUV (DBX), bezpieczeństwo zostało realnie zintegrowane z tożsamością marki.

Filozofia bezpieczeństwa: Aston Martin kontra niemiecka szkoła
Czysta jazda a „elektroniczny anioł stróż”
Aston Martin tradycyjnie stawia na bezpośredni kontakt kierowcy z samochodem. Kierownica ma dawać w rękach prawdziwy opór, układ napędowy – komunikować się z nogą i uchem, a reakcje auta – być możliwie liniowe, przewidywalne, ale nieprzesadnie filtrowane przez elektronikę. Tę filozofię widać w sposobie, w jaki pracuje ESP: ingerencja jest, gdy trzeba, ale w trybach sportowych system stara się być dyskretny.
Niemcy podeszli do tematu inaczej. Dla Porsche, Mercedesa czy BMW bezpieczeństwo to integralny element tego, jak auto się prowadzi. Kierowca ma w idealnym świecie nie zauważyć, że w zakręcie „przeciął” zbyt agresywnie gaz czy hamulec, ponieważ systemy niemal bezszwowo korygują błąd. W AMG GT czy Porsche 911 PSM potrafi działać tak, że dopiero po obejrzeniu danych z telemetrii widać, jak mocno wspierał kierowcę.
W Astonie – zwłaszcza starszych generacji – ESP często wkraczało gwałtowniej, a po wyłączeniu naprawdę oddawało kontrolę człowiekowi. Dawało to większe poczucie „czystości” doznań, ale niosło też większe ryzyko: po przekroczeniu pewnego progu nie było już nikogo poza kierowcą i prawami fizyki.
Różne priorytety projektowe: masa, proporcje, strefy zgniotu
Aston Martin kocha klasyczne proporcje GT: długi przód, cofnięta kabina, szeroka tylna oś. To piękna recepta, ale ma swoje konsekwencje dla bezpieczeństwa. Duży silnik z przodu zajmuje sporo miejsca, które w idealnym świecie służyłoby jako strefa zgniotu. Niska linia dachu i smukłe słupki ograniczają przestrzeń na dodatkowe wzmocnienia i poduszki kurtynowe.
Niemieckie marki, szczególnie w modelach GT i sportowych sedanach, częściej stosują bardziej „kompaktowe” proporcje z korzystniejszym rozkładem masy i przestrzeni na struktury bezpieczeństwa. Porsche 911 ma silnik z tyłu, ale przednia część nadwozia to praktycznie wielka, kontrolowana strefa zgniotu. Mercedes-AMG GT nowej generacji i BMW M8 wykorzystują rozbudowane przednie i tylne strefy pochłaniające energię, często wspierane strukturami z mieszanych materiałów: stal o wysokiej wytrzymałości, aluminium, lokalnie włókno węglowe.
Aston Martin musiał więc nauczyć się „chować” energię zderzenia w bardziej ograniczonej przestrzeni. To wymaga precyzyjnego projektowania podłużnic, ich zginania i składania w określonych miejscach oraz bardzo przemyślanego prowadzenia struktur nośnych wokół kabiny pasażerskiej.
Czy mniej agresywne ESP to więcej frajdy czy większe ryzyko?
Pytanie często zadawane przy wyborze Aston vs AMG brzmi: „czy Aston nie jest przypadkiem zbyt dziki na mokrym?”. Współczesne modele – szczególnie DBX i DB12 – są już zdecydowanie dojrzalsze niż wcześniejsze generacje, ale filozofia pozostała: istnieje wyraźna granica między trybami komfortowymi a sportowymi.
W trybach normalnych systemy działają zbliżenie do niemieckiej konkurencji – wcześniej reagują, delikatnie dogaszają błąd, potrafią zapobiec poślizgowi przy niewielkim nadmiarze gazu. W ostrzejszych ustawieniach elektronika pozwala na znacznie większy poślizg i interweniuje dopiero wtedy, gdy auto faktycznie zbliża się do granicy obrotu. Dla wprawnego kierowcy to świetna wiadomość: można „pracować nad tyłem” auta, korzystać z mocy i czuć, że system ciągle zostawia margines na zabawę.
Dla mniej doświadczonego użytkownika, który przesiada się z „bezpiecznego” SUV-a, taka charakterystyka może być zdradliwa. Porsche 911 czy AMG GT w trybach nawet półsportowych bardzo skutecznie „podtrzymują” samochód, a kierowca często nie zdaje sobie sprawy, jak wiele poprawia za niego elektronika. W Astonie granica jest ostrzejsza – kiedy system uzna, że pora interweniować, reakcja bywa wyraźna, a po całkowitym wyłączeniu ESP margines błędu gwałtownie maleje.
Jak klienci luksusowych marek definiują bezpieczeństwo
Właściciel nowoczesnego GT z górnej półki często chce jednocześnie dwóch rzeczy, które trudno połączyć: emocji, surowych doznań i odczucia, że auto „jest moje”, oraz pełnej ochrony w razie pomyłki. Niemieccy producenci próbują to rozwiązać przez warstwową logikę systemów: nawet w ostrych trybach zawsze działa jakiś niewidoczny poziom zabezpieczeń. Aston Martin historycznie był bardziej bezkompromisowy: jeśli wyłączasz systemy, to naprawdę bierzesz odpowiedzialność na siebie.
Stopniowo te światy się zbliżają. Coraz więcej właścicieli Astonów używa ich na co dzień, przewozi dzieci, partnera, przyjaciół. Bezpieczeństwo przestaje być abstrakcyjnym punktem w broszurze. Zamiast „czy ma ESP?” pojawia się pytanie: „jak działa asystent pasa, czy jest AEB, jak zachowuje się adaptacyjny tempomat?”. Odpowiedź Astona jest już znacznie dojrzalsza niż dekadę temu, choć wciąż pod pewnymi względami skromniejsza niż u niemieckich gigantów.
Pasywne bezpieczeństwo współczesnych Astonów: konstrukcja, poduszki, ochrona pasażerów
Materiały i struktura nadwozia w porównaniu z niemiecką konkurencją
Nowoczesne Aston Martiny bazują na lekkich, sztywnych strukturach z dużym udziałem aluminium – tzw. bonded aluminium structure. Ramy pomocnicze, słupki, kluczowe elementy kabiny są projektowane tak, aby utrzymać integralność przestrzeni pasażerskiej nawet przy poważnych zderzeniach. Lokalnie stosuje się wzmocnione gatunki stali oraz elementy z włókna węglowego (np. w modelach o jeszcze większej wydajności).
Porsche, Mercedes-AMG czy BMW M wykorzystują podobną paletę materiałów, jednak często skala i doświadczenie koncernu przekładają się na bardziej dopracowaną mieszankę. W M8 czy Panamerze spotkamy stal o ultrawysokiej wytrzymałości w słupkach A i B, odlewane elementy aluminiowe w kluczowych punktach przedniej ramy oraz rozbudowane struktury boczne wzmacniające strefę drzwi. Dzięki ogromnym wolumenom produkcji Niemcy mogą intensywniej inwestować w optymalizację wagi i sztywności przy jednoczesnym zachowaniu bardzo wysokiej odporności na zderzenia.
Strefy zgniotu i prowadzenie energii zderzenia
Współczesne Aston Martiny nie mogą sobie pozwolić na masywne „bufory” z przodu i z tyłu, jakie ma choćby duży sedan Mercedesa. Dlatego inżynierowie bardzo precyzyjnie planują drogę, jaką ma pokonać energia zderzenia. Podłużnice mają zaprogramowane miejsca kontrolowanego zginania, a ich przekroje zmieniają się w taki sposób, by najpierw „złożyć” przód auta, a dopiero potem obciążyć klatkę pasażerską.
W niemieckich modelach GT i limuzynach widać często bardziej rozbudowane, wielopoziomowe strefy zgniotu: aluminiowe „kasety” z przodu, dodatkowe elementy w rejonie nadkoli, belki poprzeczne pod nogami kierowcy i pasażera. Aston, przy mniejszej masie własnej i bardziej kompaktowych strukturach, musi uzyskać podobny efekt przy mniejszym „budżecie” materiałowym. Dlatego więcej pracy wykonuje tutaj geometria i symulacje komputerowe – chodzi o to, żeby każdy element zgniatał się we właściwym momencie, niczym sekwencja kostek domina.
Przy zderzeniach bocznych rolę przejmują wzmocnione progi, słupki oraz belki w drzwiach. Niemcy często stosują tam bardzo twarde gatunki stali i dodatkowe, nakładające się na siebie profile. Aston opiera się głównie na wzmocnionych strukturach aluminiowych, które same w sobie są mniej gęste, ale dzięki odpowiedniemu kształtowi potrafią efektywnie rozprowadzić obciążenia wokół kabiny. W praktyce oznacza to, że przy mocnym uderzeniu bocznym energia ma „okleić” przestrzeń pasażerską, a nie wniknąć do środka.
Klatka bezpieczeństwa i sztywność kabiny
Jeżeli spojrzeć na nowoczesny Aston bez karoserii, kabina przypomina klatkę bezpieczeństwa z samochodu wyścigowego – tylko gładszą i bardziej elegancką. Słupki A i B, dach, progi oraz podłoga tworzą coś w rodzaju pancerza, który powinien pozostać w możliwie nienaruszonym kształcie nawet przy poważnym wypadku. Zagiąć mają się „końce” auta, środek – wytrzymać.
Mercedes, BMW czy Porsche stosują podobną logikę, ale ich klatki pasażerskie bywają jeszcze bardziej skomplikowane: łączą kilka rodzajów stali, aluminium, czasem punktowo włókno węglowe (np. w modelach z opcjonalną „carbon core”). Duży wolumen produkcji i większe budżety pozwalają na wprowadzanie mikro-poprawek po każdym crash-teście, nawet jeśli wymaga to kosztownego przeprojektowania pojedynczego profilu.
Aston, jako mniejszy producent, częściej musi trafić „w punkt” od razu. Stąd bardzo duży nacisk na sztywność skrętną całej struktury – wysoka sztywność nie tylko poprawia prowadzenie, ale też ułatwia przewidywalne zachowanie nadwozia podczas zderzeń. Jeśli karoseria nie „pracuje” w niekontrolowany sposób, inżynierom łatwiej jest zaprogramować jej zgniatanie dokładnie tak, jak przewiduje symulacja.
Systemy poduszek powietrznych i kurtyn
Spróbujmy zajrzeć do środka. Współczesny Aston Martin ma już komplet, którego oczekuje się po luksusowym GT: przednie poduszki czołowe, boczne w fotelach, kurtyny powietrzne biegnące wzdłuż dachu, zazwyczaj także poduszki chroniące kolana kierowcy. Ważna jest nie tylko liczba, ale też sposób ich działania. Poduszki rozwijają się z różną siłą, zależnie od rodzaju zderzenia, prędkości oraz pozycji siedzącej wykrytej przez czujniki.
Niemiecka konkurencja jest tu często o krok dalej. W wybranych modelach pojawiają się poduszki centralne między fotelami, dodatkowe rozwiązania dla pasażerów tylnych, a nawet systemy zapobiegające zbytniemu „nurkowaniu” ciała pod pasem przy mocnym hamowaniu. Audi, BMW czy Mercedes ściśle integrują algorytmy działania poduszek z systemami radarowymi – jeśli auto „wie”, że za chwilę nastąpi zderzenie, potrafi zawczasu przygotować napinacze pasów i zoptymalizować moment odpalenia konkretnych poduszek.
Aston również korzysta z zaawansowanych czujników i współczesnych sterowników poduszek, ale niekiedy widać mniejszą liczbę wariantów poduszek niż w najbardziej przeładowanych elektroniką limuzynach z Niemiec. Z punktu widzenia realnej ochrony w typowych scenariuszach zderzeń różnice mogą być niewielkie, ale w broszurach technicznych „checklista” niemieckich marek wygląda bardziej imponująco.
Fotele, zagłówki i ochrona kręgosłupa
Bezpieczeństwo pasywne to także coś tak pozornie prozaicznego jak fotel. W Astonie fotel musi pełnić podwójną rolę: trzymać ciało w zakrętach, ale też stanowić stabilne oparcie podczas zderzenia. Konstrukcja siedziska i oparcia jest wzmacniana w miejscach, gdzie przenoszą się największe siły, a kształt boczków ma zapobiegać przesuwaniu się miednicy i torsu.
Kluczowe są zagłówki – ich wysokość, odległość od głowy i sposób mocowania. Niemieckie marki rozwijały aktywne zagłówki (wyskakujące do przodu przy uderzeniu w tył) już kilkanaście lat temu i do dziś należą do czołówki w testach ochrony kręgosłupa. Aston w nowszych modelach poprawił geometrię zagłówków i oparć tak, by lepiej zabezpieczać kark przy uderzeniach najechania od tyłu, ale nie zawsze stosuje tak złożone mechanizmy jak topowe limuzyny Mercedesa czy BMW.
W praktyce oznacza to, że dobrze ustawiony fotel Astona potrafi zapewnić wysoki poziom ochrony – pod warunkiem, że kierowca faktycznie korzysta z regulacji. W autach niemieckich często większa część pracy spada na aktywną mechanikę i elektronikę, która sama „dogoni” głowę w chwili zderzenia.
Ochrona dzieci i foteliki w luksusowym GT
Coraz częściej Aston Martin jest nie tylko weekendową zabawką, ale także autem rodzinnym, przynajmniej w konfiguracji 2+2 lub SUV. Dlatego istotne stały się kwestie mocowań ISOFIX, dostępu do tylnych foteli oraz sposobu działania kurtyn powietrznych w konfiguracji z fotelikami dziecięcymi.
DBX czy nowsze GT Astona mają już pełny zestaw punktów ISOFIX, dopracowane mocowania górnych pasów kotwiczących oraz instrukcje dotyczące umieszczania fotelików tyłem i przodem do kierunku jazdy. Niemcy, mając wieloletnie doświadczenie w segmencie rodzinnych SUV-ów i kombi, idą krok dalej: często oferują rozbudowaną detekcję fotelików, automatyczne wyłączanie odpowiednich poduszek czy zaawansowane systemy przypominające o obecności dziecka na tylnej kanapie.
W codziennej eksploatacji różnica może być mniej spektakularna niż w tabelach wyposażenia, ale widać inne punkty ciężkości. Aston tak naprawdę dopiero niedawno „nauczył się” myśleć o swoich samochodach jak o pełnoprawnych elementach rodzinnej logistyki. W Mercedesie GLE czy BMW X5 bezpieczeństwo dzieci jest jednym z głównych założeń projektowych od pierwszego szkicu.
Oświetlenie i widoczność jako element pasywnej ochrony
Bezpieczna konstrukcja nadwozia to jedno, drugie – żeby do tej konstrukcji jak najrzadziej „dochodziło do głosu”. Dlatego kawałek bezpieczeństwa pasywnego zaczyna się jeszcze przed zderzeniem: od tego, ile kierowca widzi i jak dobrze jest widziany. W nowoczesnych Astonach pojawiły się już matrycowe reflektory LED, automatyczne doświetlanie zakrętów i inteligentne sterowanie wiązką światła.
W tym aspekcie niemieccy producenci mają solidną przewagę doświadczenia. Audi uchodzi wręcz za pioniera zaawansowanych LED-ów i laserów, Mercedes rozwija multibeam LED z niezwykle precyzyjnym kształtowaniem snopu, a BMW oferuje systemy, które potrafią „wyciąć” z drogi pojedyncze pojazdy, by nie oślepiać kierowców, jednocześnie maksymalnie doświetlając pobocza. Aston korzysta często z dostawców i technologii powiązanych z większymi koncernami, ale skala personalizacji i liczba scenariuszy działania oświetlenia bywa skromniejsza.
W praktyce różnice ujawniają się na przykład w nocnej jeździe po autostradzie w deszczu. Audi czy Mercedes potrafią płynnie żonglować segmentami diod tak, że kierowca widzi niemal „dzień”, a inni uczestnicy ruchu nie są oślepiani. Aston oferuje bardzo dobre światła – szczególnie w nowszych modelach – ale finezja reakcji i stopień integracji z innymi systemami (np. z kamerą rozpoznającą znaki i ruch) bywa bardziej tradycyjny.
Aktywne systemy bezpieczeństwa: od podstaw do półautonomii
ABS, ESP, kontrola trakcji – wspólny mianownik
Na poziomie fundamentów Aston i niemiecka konkurencja grają już w tej samej lidze. ABS, kontrola trakcji i ESP to dojrzałe technologie, które od lat osiągnęły bardzo wysoki poziom niezawodności. Różnice zaczynają się dopiero przy kalibracji i sposobie, w jaki systemy wchodzą do gry.
W Astonie odczuwalne jest dążenie do zachowania „mięsa” w układzie: ABS ma interweniować skutecznie, ale nie wycinać całkowicie informacji z pedału hamulca. Kierowca ma czuć, kiedy koła zbliżają się do granicy przyczepności. W AMG czy M-ce elektronika częściej wygładza te odczucia. Hamulec bywa krótszy, bardziej „szklisty” w dotyku, ale w tle pracuje gęsta sieć algorytmów czuwających nad stabilnością auta.
Przy nagłym manewrze omijającym psa czy rowerzystę na mokrej drodze Mercedes czy BMW potrafią błyskawicznie „połączyć kropki”: ESP, wspomaganie kierownicy i napęd współpracują, aby utrzymać auto w wybranym pasie. Aston też zareaguje szybko, lecz pozostawi nieco więcej „surowych” doznań – kierowca czuje, że to on hamuje i skręca, a nie tylko system prowadzi auto za rękę.
Adaptacyjny tempomat i asystent pasa ruchu
To w obszarze jazdy autostradowej na jaw wychodzą największe różnice filozofii. Niemieckie marki od lat inwestują w zaawansowane systemy utrzymywania pasa ruchu i adaptacyjnego tempomatu. Nowoczesne Mercedesy klasy S czy E potrafią płynnie zwalniać przed korkiem, przyspieszać, delikatnie korygować tor jazdy w zakrętach, a nawet chwilowo „podążać” za autem poprzedzającym, gdy linie na jezdni są słabo widoczne.
Aston Martin wszedł w ten świat później i bardziej ostrożnie. W nowszych modelach, szczególnie DBX i DB12, można już znaleźć adaptacyjny tempomat zdolny do zatrzymania auta i ponownego ruszenia, asystenta pasa ruchu czy system ostrzegania o niezamierzonej zmianie pasa. Działają one poprawnie i spełniają współczesne standardy, ale próg interwencji i „siła” ingerencji są zazwyczaj mniejsze niż w bliźniaczych rozwiązaniach Mercedesa czy BMW.
Dla części kierowców to atut: auto nie „szarpie” kierownicą przy każdym lekkim najechaniu na linię, a tempomat nie usiłuje za wszelką cenę utrzymać odległości niczym pociąg na szynach. Kto jednak przyzwyczaił się do półautonomicznego komfortu podróży w klasie S lub A8, w Astonie może odczuć, że systemy są bardziej wspomaganiem niż współkierowcą.
Autonomiczne hamowanie awaryjne i wykrywanie zagrożeń
Autonomiczne hamowanie awaryjne (AEB) stało się jednym z najważniejszych kryteriów ocen w testach Euro NCAP. Mercedes, Audi, BMW czy Porsche od lat pracują nad scenariuszami, w których auto samo hamuje przed pieszym, rowerzystą, autem w korku czy pojazdem nadjeżdżającym z przeciwka przy skręcie w lewo.
Najnowsze Aston Martiny oferują AEB z funkcją wykrywania pojazdów i pieszych, a w niektórych konfiguracjach także rowerzystów. Kamery i radary obserwują otoczenie, komputer szacuje ryzyko kolizji, a jeśli kierowca nie reaguje, system najpierw ostrzega, a potem inicjuje hamowanie. To już nie jest „opcjonalny gadżet”, tylko standard wymagany w wielu regionach świata.
Różnicę robi jednak zakres scenariuszy, w których system działa. Topowe niemieckie modele potrafią reagować także przy cofnięciu z miejsca parkingowego, w nocy przy słabej widoczności czy w skomplikowanych sytuacjach miejskich, gdy pieszy wchodzi na jezdnię zza stojącej ciężarówki. Aston, korzystając z mniej rozbudowanych algorytmów i mniejszej bazy danych testowych, bywa bardziej zachowawczy – woli ostrzec za wcześnie lub zrezygnować z hamowania przy zbyt niejednoznacznym sygnale, zamiast ryzykować gwałtowne, niepotrzebne zatrzymanie.
Monitorowanie martwego pola i ruchu poprzecznego
Na autostradzie czy w mieście kluczowe jest to, czego nie widać w lusterkach. System monitorowania martwego pola w Astonie ostrzega świetlnym sygnałem w lusterku, a przy próbie zmiany pasa potrafi dołożyć ostrzegawczy dźwięk lub delikatne drganie kierownicy. Z tyłu wsparciem jest ostrzeganie o ruchu poprzecznym podczas wyjeżdżania tyłem z miejsca parkingowego.
Niemcy poszli krok dalej, integrując te funkcje z bardziej zaawansowaną analizą sytuacji na drodze. Mercedes potrafi np. nie tylko ostrzec, ale też delikatnie „odbić” kierownicą, gdy kierowca rusza w stronę pojazdu w martwym polu, a systemy Audi przewidują trajektorie pojazdów z kilku sąsiednich pasów. W Astonie nacisk jest bardziej na informowanie niż na wykonywanie ruchu za kierowcę – elektronika pokazuje zagrożenie, ale zazwyczaj nie przejmuje fizycznej kontroli.
Systemy rozpoznawania zmęczenia i uwagi kierowcy
Nowoczesne samochody coraz częściej próbują „czytać” kierowcę tak samo uważnie, jak drogę. W niemieckich autach klasy wyższej rozbudowane systemy monitorowania zmęczenia są już codziennością: analizują mikro korekty kierownicy, sposób korzystania z pedałów, a w nowszych modelach także mimikę twarzy czy ruch powiek. Na tej podstawie sugerują przerwę, ostrzegają dźwiękiem, a czasem nawet zaostrzają działanie pozostałych asystentów, gdy „czują”, że człowiek za kółkiem jest mniej skupiony.
Aston Martin stopniowo wprowadza podobne rozwiązania, ale w skromniejszej, bardziej dyskretnej formie. Systemy w DBX czy DB12 wyłapują charakterystyczne „pływanie” po pasie, opóźnione reakcje na poprzedzający pojazd czy nagłe, nielogiczne korekty toru jazdy. Zamiast jednak zasypać kierowcę komunikatami, auto zwykle ogranicza się do pojedynczego ostrzeżenia, sugestii przerwy i ikony kubka kawy na zegarach.
W Mercedesie czy BMW algorytmy bywają bardziej nachalne: gdy siedzisz za kółkiem od wielu godzin i jedziesz autostradą nocą, system potrafi kilkukrotnie przypominać o odpoczynku, a nawet zmienić kolorystykę podświetlenia wnętrza, by subtelnie „rozruszać” percepcję. Aston, wierny swojej filozofii „gentleman driver”, stawia raczej na pojedynczy, zwięzły sygnał. Można powiedzieć: Niemiec tupnie nogą, gdy zaczynasz zasypiać, Brytyjczyk taktownie odchrząknie.
Predykcyjna elektronika: gdy auto „przewiduje” kolejne sekundy
Największy skok jakościowy w aktywnym bezpieczeństwie nie polega na tym, że system szybciej reaguje, lecz że potrafi przewidzieć sytuację chwilę przed jej pełnym rozwinięciem. Topowe niemieckie modele wykorzystują do tego fuzję danych z kamer, radarów, lidarów (tam, gdzie są dostępne) oraz map o wysokiej rozdzielczości. Gdy Audi czy BMW „wie”, że za chwilę zbliżysz się do ostrego zakrętu lub zwężenia, potrafi wcześniej napiąć pasy, przygotować hamulce, zmienić charakterystykę napędu, a nawet dopasować zasięg wiązki świateł.
Aston Martin korzysta z części tych technologii, ale w mniej rozbudowanym scenariuszowo wydaniu. Nawigacja współpracuje z asystentem prędkości, może delikatnie wyhamować przed rondem lub ograniczeniem, ale głęboka integracja z systemem zawieszenia i prewencyjnym napinaniem pasów dopiero raczkuje. W praktyce oznacza to, że Aston reaguje bardzo dobrze na to, co „tu i teraz”, ale nie zawsze wyprzedza zdarzenia tak daleko, jak najbardziej zaawansowane konstrukcje z Ingolstadt czy Stuttgartu.
Na krętej górskiej drodze różnica bywa odczuwalna. W klasie S czy A8 auto potrafi minimalnie przyhamować przed niewidocznym zza zakrętu wirażem, napina pasy i stabilizuje nadwozie, zanim jeszcze kierowca mocniej skręci kierownicą. Aston zostawia więcej inicjatywy człowiekowi – gdy już wejdziesz w zakręt z odrobinę zbyt dużą prędkością, ESP i hamulce zrobią swoje, ale „proroctwo” elektroniki sięga nieco krócej.
Integracja systemów bezpieczeństwa z napędem i zawieszeniem
Bezpieczeństwo aktywne nie kończy się na radarach i kamerach; równie ważne jest to, jak auto wykorzystuje swoje mechaniczne „mięśnie”. Niemieccy producenci, zwłaszcza BMW M i Mercedes-AMG, traktują układ napędowy oraz zawieszenie jako przedłużenie ESP i systemów stabilizacji. Gdy wykryją utratę przyczepności, potrafią nie tylko przyhamować koło, ale też aktywnie zmienić rozkład momentu obrotowego, twardość amortyzatorów, a nawet przełożyć skrzyni biegów, aby szybciej przywrócić równowagę.
W Astonie akcent jest położony trochę inaczej. Tryby jazdy (GT, Sport, Sport+ itp.) zmieniają reakcje silnika, skrzyni i zawieszenia, ale „dyrygentem” jest głównie kierowca. Systemy stabilizacji są włączone, czuwają, lecz interweniują później i mniej inwazyjnie. W DBX czy Vantage elektronika oczywiście potrafi dociążyć odpowiednie koło, przyhamować uślizg i skrócić drogę hamowania, jednak priorytetem pozostaje czytelność zachowania auta. Masz czuć, co się dzieje z nadwoziem, zamiast zastanawiać się, co właśnie skorygował komputer.
To podejście ma konsekwencje. Na śliskim, zimowym zakręcie BMW czy Audi szybciej „wyprostuje” tor jazdy serią niewidocznych z zewnątrz korekt – kierowca poczuje tylko lekki ubytek mocy i stabilizację. Aston pozwoli na odrobinę większy ruch nadwozia, zanim dociągnie auto z powrotem do porządku. Dla entuzjasty oznacza to bogatsze doznania, dla mniej doświadczonego – wyższy próg, przy którym bezpieczeństwo i radość z prowadzenia idą ręka w rękę.
Bezpieczeństwo cyfrowe: aktualizacje, dane i „niewidzialna” warstwa ochrony
Nowe samochody to także komputery na kołach, a wraz z nimi pojawia się mniej oczywisty wymiar bezpieczeństwa: cyberbezpieczeństwo. Niemieckie koncerny, dysponując ogromnymi działami IT, intensywnie rozwijają systemy zdalnych aktualizacji (OTA), szyfrowania połączeń i ochrony przed nieautoryzowaną ingerencją. W praktyce oznacza to, że poprawki oprogramowania, w tym algorytmów asystentów bezpieczeństwa, mogą być wdrażane bez wizyty w serwisie.
Aston Martin korzysta częściowo z rozwiązań dostawców zewnętrznych oraz partnerów technologicznych, co przyspiesza dostęp do nowych platform, ale ogranicza skalę autorskich systemów OTA. W wielu przypadkach aktualizacje kluczowych funkcji bezpieczeństwa nadal odbywają się w serwisie, w kontrolowanych warunkach. Dla jednych to plus – mniejsza pokusa eksperymentowania na żywo, dla innych minus, bo oznacza wolniejsze tempo wdrażania poprawek i nowych scenariuszy działania systemów.
Drugi aspekt to zarządzanie danymi. Audi, BMW czy Mercedes gromadzą ogromne zbiory informacji o rzeczywistych zachowaniach kierowców i aut w ruchu. Dzięki temu mogą precyzyjniej dostrajać AEB, asystentów pasa czy systemy rozpoznawania zmęczenia. Aston, jako mniejszy gracz, operuje na znacznie bardziej ograniczonym „paliwie danych”. Efektem jest ostrożniejsza kalibracja: mniej spektakularnych, ale i mniej ryzykownych interwencji.
Szkolenia, instrukcje i kultura użytkowania
Nawet najlepszy system bezpieczeństwa jest tylko tak skuteczny, jak jego użytkownik. Niemieckie marki od lat rozwijają programy szkoleń z jazdy, w których klienci mogą sprawdzić działanie ESP, AEB czy asystentów toru jazdy na zamkniętych obiektach. Do tego dochodzą bardzo szczegółowe instrukcje, filmy instruktażowe w aplikacjach mobilnych i rozbudowane konfiguratory, pozwalające świadomie dobrać pakiet systemów pod własny styl jazdy.
Aston Martin tradycyjnie opierał się na bardziej „butikowym” podejściu – osobiste przekazanie auta, kilka praktycznych porad, a reszta to już relacja kierowcy z samochodem. W ostatnich latach zaczęło się to zmieniać: pojawiają się dedykowane eventy torowe, materiały wideo tłumaczące działanie systemów i bardziej szczegółowe przewodniki po ustawieniach jazdy. Mimo to poziom formalizacji i skali nadal jest mniejszy niż w przypadku masowych programów szkoleniowych spod znaku czterech pierścieni czy gwiazdy.
Na drodze przekłada się to często na stopień „oswojenia” z elektroniką. Kierowca nowej klasy E częściej wie, jak aktywować wszystkie asystenty, w jakiej sytuacji zareaguje AEB i kiedy można liczyć na asystenta pasa. Użytkownik Astona nierzadko korzysta tylko z podstawowych funkcji, bo z resztą dopiero się zaprzyjaźnia. Paradoksalnie, tam gdzie niemieckie auto staje się „półautonomiczne”, Aston pozostaje bardziej analogowy w odbiorze – i to czasem właśnie zwiększa czujność człowieka.
Specyfika SUV-ów i GT: różne priorytety bezpieczeństwa
Porównując Astona DBX z BMW X5 czy Porsche Cayenne, a z drugiej strony DB11/DB12 z klasą S Coupé lub 8 Gran Coupé, widać różne priorytety konstruktorów. SUV jest z definicji rodzinny, więc w niemieckich autach bezpieczeństwo bierne i aktywne wokół pasażerów z tyłu urasta do rangi dogmatu. Czujniki ruchu poprzecznego, boczne poduszki z tyłu, systemy monitorowania otwarcia drzwi przed nadjeżdżającymi rowerzystami – to wszystko często jest już standardem.
DBX nadrabia sporą część dystansu: ma kompletny zestaw poduszek, mocowań ISOFIX, systemów ostrzegania i asystentów kierowcy. Jednak i tu czuć, że punktem wyjścia nie była wizja auta typowo rodzinnego, lecz sportowego SUV-a, który ma umieć odwozić dzieci do szkoły. Stąd większy nacisk na sztywność nadwozia, precyzję prowadzenia i wysokie osiągi, do których dopasowano resztę pakietu bezpieczeństwa.
W przypadku klasycznych GT sprawa jest jeszcze wyraźniejsza. DB12, 911 czy BMW serii 8 to samochody, które z założenia spędzają sporo czasu na autostradach i bocznych drogach w rękach doświadczonych kierowców. W niemieckich konstrukcjach więcej „roboty” przejmuje elektronika: utrzymanie pasa, adaptacyjny tempomat z funkcją jazdy w korku, aktywne hamowanie w mieście. Aston stawia w tej klasie bardziej na bezpośrednią komunikację z kierowcą, zakładając, że człowiek, który świadomie wybiera takie auto, chce sam odpowiadać za większość decyzji.
Realne scenariusze: jak te różnice wyglądają na drodze
Łatwo zagubić się w katalogach i nazwach systemów, więc warto przełożyć je na proste, codzienne sytuacje. Wyobraź sobie nocną podróż autostradą w deszczu. W Mercedesie czy Audi auto utrzymuje pas niemal samodzielnie, adaptacyjny tempomat dopasowuje prędkość do ruchu, światła matrycowe wycinają z wiązki inne pojazdy, a system monitorowania zmęczenia co jakiś czas podsuwa sugestię przerwy. Kierowca staje się bardziej nadzorcą niż aktywnym pilotem.
W Astonie ta sama podróż będzie bardziej „manualna”. Adaptacyjny tempomat i asystent pasa pomagają, ale nie przejmują długotrwałej odpowiedzialności za tor jazdy; światła pracują inteligentnie, lecz z mniejszą ilością scenariuszy; system rozpoznawania zmęczenia ostrzega oszczędniej. Rezultat? Kierowca musi być bardziej skupiony i zaangażowany – elektronika pomaga, lecz rzadko wyręcza.
Inny przykład to nagłe hamowanie w mieście, gdy zza zaparkowanego vana wybiega pieszy. W najnowszych niemieckich konstrukcjach AEB ma rozbudowaną bibliotekę takich sytuacji: rozpoznaje sylwetkę pieszego częściowo zasłoniętą, ocenia szansę na kolizję w ułamku sekundy i często zaczyna hamowanie jeszcze zanim kierowca porządnie przeniesie nogę na pedał. Aston również uruchomi hamulce, ale jego algorytmy rzadziej „zaryzykują” bardzo agresywną interwencję w sytuacji granicznej, by uniknąć przypadkowych, zbyt nerwowych zachowań auta.
Przyszłość: w którą stronę może pójść Aston Martin
Coraz ostrzejsze normy bezpieczeństwa i rosnące oczekiwania klientów sprawiają, że nawet najbardziej tradycyjne marki muszą szukać złotego środka między emocjami a elektroniką. Niemcy, z ogromnym zapleczem inżynieryjnym i flotą milionów aut zbierających dane, naturalnie przesuwają się w stronę coraz bardziej zaawansowanej półautonomii. To ich „naturalne środowisko”.
Aston Martin, aby pozostać sobą, będzie prawdopodobnie dalej szukał sposobów, by wpleść nowoczesne systemy bezpieczeństwa w narrację o kierowcy, który pozostaje bohaterem za kółkiem. Można się spodziewać, że kolejne generacje modeli otrzymają bogatsze pakiety radarów i kamer, lepszą integrację z mapami oraz bardziej predykcyjne algorytmy, jednak nadal z wyraźną granicą: asystenci mają wspierać, a nie zastępować człowieka.
Jeśli więc zadać pytanie, czy Aston chroni gorzej niż niemiecka konkurencja, odpowiedź nie jest czarno-biała. Pod względem twardych norm, wytrzymałości konstrukcji i podstawowych systemów aktywnych – nie odstaje od współczesnych standardów klasy premium. Różnica polega raczej na tym, kto trzyma inicjatywę w rękach: w Audi, BMW czy Mercedesie coraz częściej dzieli ją z kierowcą sieć czujników i komputerów, w Astonie centrum dowodzenia pozostaje wyraźniej po stronie człowieka, a elektronika stoi pół kroku z tyłu, gotowa złapać auto, gdy sytuacja naprawdę tego wymaga.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Czy współczesny Aston Martin jest tak bezpieczny jak Porsche, BMW M czy Mercedes-AMG?
W najnowszych generacjach Aston Martin nadrobił większość dystansu do niemieckiej konkurencji, szczególnie w obszarze konstrukcji nadwozia, stref zgniotu i standardowych systemów typu ABS, ESP czy liczne poduszki powietrzne. Modele takie jak DB12, nowy Vantage czy DBX korzystają z rozwiązań wywodzących się z technologii Daimlera, czyli tej samej szkoły inżynierskiej, co Mercedes-AMG.
Różnica polega dziś mniej na „twardym” bezpieczeństwie konstrukcji, a bardziej na filozofii działania elektroniki. Niemcy stawiają na bardzo aktywną opiekę nad kierowcą i niemal niewidoczne korygowanie błędów. Aston Martin zostawia odrobinę więcej swobody, szczególnie w trybach sportowych. Dla kogoś, kto szuka maksymalnego „elektronicznego anioła stróża”, Mercedes czy Porsche wciąż będą o krok dalej, ale pod względem bazowego poziomu ochrony współczesny Aston nie jest już egzotycznym outsiderem.
Jak bardzo niebezpieczne są klasyczne Aston Martiny w porównaniu ze współczesnymi modelami?
Klasyczne auta – DB5, stare V8 czy pierwsze Vantage – były projektowane według zupełnie innych standardów. Gruba blacha i sztywna rama dawały wrażenie „czołgu”, ale przy zderzeniu energia uderzenia przechodziła niemal wprost na kabinę. Brak poduszek, słabe lub symboliczne pasy, praktycznie żadnych kontrolowanych stref zgniotu. W zderzeniu z dzisiejszym SUV-em takie auto przegrywa fizyką, nie stylem jazdy.
Dzisiejsze modele są zaprojektowane tak, by się „poświęcić” – odkształcić kontrolowanie, rozproszyć energię i ochronić pasażerów. Dla kolekcjonera klasyk jest piękną zabawką na pogodny weekend, ale na codzienne autostrady i współczesny ruch zdecydowanie lepiej nadaje się nowy DB12 czy DBX, nawet jeśli wizualnie starszy model bardziej „romantycznie” kusi.
Jakie systemy bezpieczeństwa aktywnego ma nowy Aston Martin (DB12, Vantage, DBX)?
Współczesne Astony korzystają z całego pakietu systemów, które jeszcze kilkanaście lat temu kojarzyły się głównie z niemieckimi markami. W typowym, nowym egzemplarzu znajdziesz m.in. zaawansowany ESP, kontrolę trakcji, systemy monitorujące przyczepność na mokrym, asystentów hamowania awaryjnego oraz różne tryby jazdy, które zmieniają próg i sposób ingerencji elektroniki.
Do tego dochodzą rozwiązania oparte na radarach i kamerach: adaptacyjny tempomat, ostrzeganie przed kolizją, asystent pasa ruchu czy monitorowanie martwego pola – zakres wyposażenia zależy od modelu i rynku. Klucz tkwi w tym, że „mózg” wielu z tych systemów pochodzi z rodziny Daimlera, ale reakcje są skalibrowane po „astonowemu”: auto ma pomagać, a nie całkowicie przejmować prowadzenie.
Czy Aston Martin dobrze wypada w testach zderzeniowych i Euro NCAP?
Modele projektowane w ostatnich latach są tworzone z myślą o spełnieniu rygorystycznych norm europejskich, w tym protokołów Euro NCAP. Nie wszystkie sportowe i niszowe auta są jednak regularnie testowane i oceniane gwiazdkami – dotyczy to nie tylko Astona, ale też części modeli Porsche czy Ferrari. Brak oficjalnej oceny nie oznacza więc automatycznie słabego poziomu bezpieczeństwa.
W praktyce to, co najważniejsze, dzieje się „pod skórą”: wzmocnienia słupków, konstrukcja progów, sposób, w jaki silnik i podzespoły „odchodzą” od kabiny przy uderzeniu. Aston, korzystając z know-how większych koncernów, inwestuje w te elementy podobnie jak niemieccy rywale. Jeśli ktoś chce mieć pełen obraz, warto sprawdzać także dane z amerykańskich testów czy dokumentację homologacyjną na konkretnym rynku.
Czy systemy w Aston Martinie są tak „opiekuńcze” jak w Mercedesie lub Audi?
Z założenia – nieco mniej. Aston Martin tradycyjnie zakłada, że kierowca chce czuć samochód i samodzielnie podejmować decyzje. ESP i pozostałe systemy interweniują, gdy jest to potrzebne, ale w trybach sportowych widać większą tolerancję na lekkie uślizgi czy dynamiczne wejścia w zakręt. To coś jak trener, który stoi obok ringu: pomoże, gdy naprawdę się potkniesz, ale nie trzyma twojej ręki przy każdym kroku.
Mercedes, Audi czy BMW częściej „wygładzają” błąd, zanim w ogóle go poczujesz – szczególnie w wyższych klasach czy wersjach z najnowszymi pakietami asystentów jazdy. Dla jednych to błogosławieństwo, dla innych zbytni filtr między człowiekiem a maszyną. W Astonie granica między frajdą a korektą jest po prostu ustawiona trochę dalej.
Czy Aston Martin nadaje się dziś na samochód do codziennej jazdy pod kątem bezpieczeństwa?
Nowe modele są już budowane z myślą o codziennym użytkowaniu: jazda autostradą w deszczu, miasto, rodzinny wyjazd z dziećmi. Pod względem bezpieczeństwa, komfortu jazdy i wsparcia elektroniki to zupełnie inna liga niż „surowe” auta sprzed dwóch–trzech dekad. DBX jako SUV celuje wręcz w segment, w którym bezpieczeństwo rodzinne jest jednym z głównych argumentów.
Jeśli ktoś przesiada się z nowego Mercedesa klasy E do DB12, poczuje trochę inną filozofię – mniej izolacji, więcej komunikacji z autem. Ale pod względem ochrony przy zderzeniu, jakości systemów hamowania awaryjnego czy działania ESP nie jest to już przeskok typu „z nowoczesnej limuzyny do klasycznego coupe z lat 70.”. To raczej przejście z jednego stylu podejścia do bezpieczeństwa na inny.
Czego najbardziej brakuje Astonowi względem niemieckich marek w obszarze bezpieczeństwa?
Największą różnicę widać zwykle w szerokości oferty systemów asystujących i stopniu ich dopracowania w niszowych scenariuszach. Niemcy mają za sobą miliony przejechanych kilometrów testowych i ogromne wolumeny sprzedaży, więc ich adaptacyjne tempomaty, rozbudowane asystenty jazdy w korku czy półautonomiczne funkcje potrafią działać bardzo gładko i „bezszwowo”.
Aston Martin, jako mniejszy producent, naturalnie skupia się na kluczowych elementach: solidnej konstrukcji, poprawnie skalibrowanym ESP i niezbędnych asystentach. Jeśli ktoś oczekuje najbardziej zaawansowanego, półautonomicznego „pilota autostradowego” z dziesiątkami trybów, nadal szybciej znajdzie go w topowych Mercedesach, Audi czy BMW. Jeśli priorytetem jest połączenie bezpieczeństwa z bardziej bezpośrednim charakterem auta sportowego, Aston coraz lepiej wpisuje się w tę niszę.






