Lamborghini Huracán jako auto na co dzień zalety wady i ukryte koszty

0
105
2.6/5 - (5 votes)

Nawigacja:

Scenka z życia: pierwszy tydzień z Huracánem w roli „daily”

Pierwszy poranek: euforia do pierwszego progu zwalniającego

Odbiór kluczyków z salonu trwa kilkanaście minut, ale w głowie dzieje się znacznie więcej. V10 budzi się jednym hukiem, sąsiedzi wychylają głowy z okien, a ty czujesz się, jakbyś nagle wszedł na żywo do jednego z filmów motoryzacyjnych. Pierwsza trasa do pracy ma być celebracją nowego etapu: Lamborghini Huracán jako auto na co dzień – brzmi jak spełnione marzenie.

Pięć minut później stoisz w miejskim korku między dostawczym busem a wysłużoną Fabią. Silnik pyrka za plecami, z nawiewów zaczyna dmuchać ciepło, a każda nierówność drogi dociera do kręgosłupa. Z przodu rośnie znany od lat wróg superaut – próg zwalniający typu „lotniskowiec”. Trzeba zatrzymać korek, włączyć lift system, podnieść przód, przejechać na ukos i liczyć, że nic nie zaskrzypi o asfalt.

Po dotarciu pod biuro zderzasz się z kolejnym zaskoczeniem: wjazd do garażu podziemnego, którego rampę wcześniej ignorowałeś. Nagle okazuje się, że między podłogą Huracána a ziemią jest naprawdę mało miejsca, a każdy centymetr kąta najazdu ma znaczenie. Do tego brama na pilota, która otwiera się za wolno, gdy ty już prawie dotykasz przodu krawężnika.

Codzienność zamiast czerwonego dywanu

Po kilku dniach zaczynają wychodzić drobiazgi, o których mało kto myśli przy zakupie. Tankowanie – niby nic wielkiego, ale przy eksploatacji Lamborghini Huracán w mieście dystrybutor staje się regularnym przystankiem. Dwa, trzy razy w tygodniu, w zależności od stylu jazdy i długości tras. Pracownik stacji patrzy z lekkim niedowierzaniem, gdy po raz kolejny widzi cię w ciągu kilku dni, a rachunek za paliwo wygląda jak mała rata leasingu.

Do tego dochodzi zainteresowanie przechodniów. Wsiadasz do Huracána w garniturze, spieszysz się na spotkanie, a ktoś podbiega z prośbą o zdjęcie albo zagląda do środka. Czasem to miłe, czasem zwyczajnie niewygodne – zwłaszcza gdy jesteś spóźniony lub stoisz w wąskiej uliczce, blokując ruch.

Swoje dołożą też formalne sprawy. Nagle okazuje się, że karta parkingowa biurowa nie wystarcza: szef ochrony delikatnie sugeruje inne miejsce, bo standardowe stanowisko jest za krótkie i ogon Huracána wystaje na przejazd. Znalezienie miejsca, w którym nikt nie obije drzwiami tego niskiego, szerokiego auta, to osobna sztuka. Codzienna logistyka zaczyna przypominać mały projekt, a nie zwykły dojazd do pracy.

Mini-wniosek po pierwszym tygodniu

Po kilku dniach ogromnej frajdy pojawia się jedna, prosta myśl: Lamborghini Huracán na co dzień to przede wszystkim zderzenie z realiami miasta. Progi zwalniające, wąskie garaże, częste tankowania i ciągłe skupienie przy manewrach odkrywają, że supercar w roli „daily” wymaga innej organizacji dnia, innej cierpliwości i sporej pokory wobec infrastruktury, która nie była projektowana z myślą o aucie tej klasy.

Białe Audi w ruchu na miejskiej ulicy o zmierzchu
Źródło: Pexels | Autor: Deane Bayas

Kim jest kierowca, dla którego Huracán może być autem na co dzień

Styl życia: samotny entuzjasta kontra głowa rodziny

Lamborghini Huracán jako auto na co dzień nie jest pomysłem uniwersalnym. Sprawdza się przede wszystkim u osób, których codzienność jest stosunkowo prosta logistycznie: samotny kierowca, ewentualnie para bez dzieci, niewielka ilość bagażu, brak konieczności przewożenia wózków, fotelików i zakupów z marketu dla czteroosobowej rodziny. Dwa miejsca, mikroskopijny bagażnik i brak tylnej kanapy definiują sposób korzystania z tego auta od pierwszego dnia.

Osoba, która codziennie wozi dzieci do szkoły, zakupy dla całego domu i psa do weterynarza, szybko odkryje, że Huracán nadaje się co najwyżej na weekendowe odstresowanie, a nie na prawdziwego „woła roboczego”. Natomiast ktoś, kto pracuje w mieście, mieszka w pobliżu, nie ma dużych bagaży i może wiele spraw ogarnąć online, będzie w stanie autentycznie korzystać z Lamborghini na co dzień bez ciągłego irytowania się brakami praktycznymi.

Praca stacjonarna, hybrydowa czy w pełni zdalna

Codzienna eksploatacja Huracána w mieście wygląda zupełnie inaczej, gdy samochód jest używany pięć dni w tygodniu do dojazdu do biura, a inaczej, gdy praca jest zdalna lub hybrydowa. Przy klasycznym modelu 8–16 auto musi codziennie mierzyć się z korkami, parkingami biurowymi i powtarzalną trasą. V10 zamienia się wtedy z egzotycznej zabawek w głośny, sztywny „środek transportu”, który czasem zwyczajnie męczy.

Przy pracy zdalnej Lamborghini Huracán jako daily ma więcej sensu. Można jeździć wtedy, kiedy droga jest pusta: rano, późnym wieczorem, w środku dnia. Nie trzeba dwa razy dziennie wpychać go w miejskie korki, przez co auto rzadziej wkurza, a częściej daje radość. Huracán staje się wtedy „daily” w tym sensie, że stoi w garażu jako główny samochód, ale nie musi codziennie walczyć z godzinami szczytu.

Gdzie mieszkasz: centrum dużego miasta, przedmieścia, mniejsze miasto

Otoczenie, w którym żyje właściciel Huracána, ma ogromny wpływ na sensowność traktowania go jako auta codziennego. W ścisłym centrum dużego miasta – z wąskimi uliczkami, stromymi garażami podziemnymi i wiecznym deficytem szerokich miejsc parkingowych – codzienna jazda może być wyczerpująca. Manewrowanie, unikanie krawężników, walka z progami i kostką brukową potrafią zabić radość z używania takiego samochodu.

Na przedmieściach lub w mniejszym mieście, z szerokimi drogami, mniejszym ruchem i prywatnym garażem, Lamborghini Huracán na co dzień oddycha pełną piersią. Trasy są płynniejsze, łatwiej znaleźć miejsce, gdzie nie trzeba walczyć o każdy milimetr prześwitu. Właściciel ma też częściej możliwość „przepalenia” auta po pustych drogach, zamiast tylko turlać się od świateł do świateł.

Rola drugiego auta w domu

W większości rozsądnych scenariuszy Huracán jako jedyne auto w domu to czysta teoria. Brak przestrzeni i użyteczności szybko zemści się przy pierwszym poważniejszym zadaniu: przeprowadzce, większych zakupach, wyjeździe z dwiema walizkami i torbą sportową. Drugi samochód – SUV, kombi albo nawet zwykły hatchback – rozwiązuje 90% logistycznych problemów, które generuje supercar.

Są jednak osoby, dla których Huracán rzeczywiście może być jedynym samochodem. Dotyczy to zwykle ludzi, którzy mieszkają w centrum, wszystko mają pod ręką, sporadycznie potrzebują przewozić więcej niż jedną torbę, a duże zakupy robią z dostawą. Wtedy „masochizm” jest minimalny, choć nadal trzeba pogodzić się z wieloma kompromisami. Dla większości użytkowników optymalne jest jednak podejście: Huracán jako auto na co dzień dla przyjemności jazdy, drugi samochód jako narzędzie do całej reszty.

Mini-wniosek o profilu właściciela

Odpowiedni budżet to tylko początek. Lamborghini Huracán na co dzień wymaga trybu życia, w którym mało jest przewozów rodzinnych, mało przypadkowych „zadań transportowych”, a dużo możliwości jazdy solo lub we dwoje, często poza godzinami szczytu. Osoba, która ceni spokój i unika nerwowej walki z infrastrukturą, doceni to auto, ale tylko wtedy, gdy ma obok choć jedno zwykłe, praktyczne auto.

Zalety Huracána w codziennej jeździe – gdzie ten samochód naprawdę błyszczy

Codzienna dawka emocji i motywacji

Największa przewaga Lamborghini Huracán jako auta na co dzień jest prosta: każdy poranek wygląda inaczej. Dźwięk wolnossącego V10, który budzi się tuż za plecami, natychmiast zmienia nastawienie do dnia. Nawet nudna trasa do biura staje się czymś wyjątkowym – krótkim, prywatnym „eventem”, który trudno porównać z jazdą jakimkolwiek zwykłym samochodem.

Dla wielu przedsiębiorców czy ludzi pracujących intensywnie Huracán przestaje być wyłącznie zabawką, a staje się rodzajem „nagrody codziennej”. Prowadzenie biznesu bywa stresujące, a świadomość, że za chwilę zamkniesz laptopa i przejedziesz się jednym z najciekawszych superaut na rynku, realnie wpływa na motywację. To emocjonalne paliwo – trudno wycenić, ale osoby, które przesiadły się z szybkich, lecz jednak „normalnych” aut, często podkreślają właśnie ten aspekt.

Używalność: tryb STRADA, automatyczna skrzynia, stabilność

Huracán ma jedną kluczową cechę, która wyróżnia go na tle dawnych egzotyków: da się nim jeździć normalnie. W trybie STRADA samochód łagodnie reaguje na gaz, skrzynia biegów pracuje płynnie i sama zmienia przełożenia, a układ kierowniczy nie jest przerysowanie ostry. Dla codziennej eksploatacji w mieście to ogromny atut. Można jechać spokojnie, nawet lekko leniwie, nie walcząc z autem o każdy centymetr drogi.

Wersje z napędem na cztery koła dodają do tego poczucie dużej pewności prowadzenia, także przy gorszej pogodzie. Oczywiście, zimą nie jest to auto do jazdy po śniegu po kolana, ale na mokrej nawierzchni czy chłodnym asfalcie stabilność robi wrażenie. W porównaniu z bardziej surowymi supercarami, Huracán jest „cywilizowany” i przewidywalny, co w roli daily jest bezcenne.

Relatywny komfort jak na supercar

Komfort jazdy supercarem to pojęcie względne, ale w swojej klasie Huracán wypada zaskakująco dobrze. Fotele są mocno wyprofilowane, ale przy odpowiednim ustawieniu potrafią zapewnić przyzwoitą wygodę także na dłuższych trasach. Ergonomia kabiny nowszych wersji jest dopracowana: prosta obsługa klimatyzacji, czytelne przełączniki, logiczne rozmieszczenie podstawowych funkcji.

Na tle bardziej radykalnych aut, jak niektóre torowe warianty Ferrari czy McLarena, Huracán nie traktuje kierowcy jak pilota myśliwca, który musi zaakceptować wszystkie niewygody. Da się pojechać do pracy bez bólu pleców, da się przejechać autostradą kilkaset kilometrów w jednym rzucie. Oczywiście, szum opon i dźwięk silnika są stale obecne, ale dla wielu to przyjemna część doświadczenia.

Efekt wizerunkowy: wizytówka biznesowa i odpowiedzialność za jazdę

Lamborghini Huracán na co dzień działa jak ruchomy billboard. Dla przedsiębiorcy lub osoby działającej w branży kreatywnej, luksusowej, modowej czy finansowej, taki samochód bywa realnym narzędziem budowania marki osobistej. Klienci zapamiętują, konkurencja widzi, a pracownicy dostają sygnał, że firma radzi sobie na tyle dobrze, że właściciel może pozwolić sobie na taką ekstrawagancję.

Ten efekt ma jednak drugą stronę. Wizerunek jest ściśle powiązany z tym, jak się jeździ. Każde agresywne przyspieszenie spod świateł, każde wymuszenie pierwszeństwa czy głośne przegazówki w środku miasta stają się „publiczną informacją” o właścicielu. Huracán w codziennym ruchu wymusza wręcz bardziej odpowiedzialny styl jazdy: błąd za kierownicą tego auta rzuca się w oczy znacznie mocniej niż w zwykłej osobówce.

Mini-wniosek: radość bez totalnej dzikości

Lamborghini Huracán jako auto na co dzień potrafi dać ogrom emocji, ale nie jest przy tym zupełnie nieokiełznaną bestią. Dzięki trybom jazdy, dopracowanej skrzyni i przewidywalnemu prowadzeniu, można nim pokonywać codzienne trasy bez ciągłej walki z samochodem. Warunek jest prosty: kierowca musi chcieć używać tylko ułamka jego możliwości na drodze publicznej i akceptować, że 90% radości to sama obecność takiego auta pod ręką, a nie ciągłe „odkręcanie” na ulicy.

Czerwone i białe kabriolety klasy premium ustawione na sprzedaż
Źródło: Pexels | Autor: Gustavo Guedes

Wady i ograniczenia: codzienne sytuacje, które potrafią zmęczyć

Zawieszenie, prześwit i walka z infrastrukturą

Najbardziej prozaiczny, a jednocześnie najbardziej dotkliwy problem w codziennej eksploatacji Huracána to prześwit. Każdy wysoki próg zwalniający, stromy podjazd do garażu, wystający krawężnik – wszystko to nagle staje się potencjalnym wrogiem. Lift system (jeśli konkretne auto go ma) ratuje sytuację, ale wymaga ciągłego skupienia: przed wjazdem trzeba pamiętać o podniesieniu przodu, przed zjazdem – o jego opuszczeniu.

Jazda po osiedlowych uliczkach pełnych progów przyspieszających jest zwyczajnie męcząca. Zamiast płynnie poruszać się po mieście, trzeba planować każdy przejazd, czasem wybierać dłuższą trasę tylko po to, by ominąć newralgiczne miejsca. Dla części kierowców to ciekawy „rytuał superauta”, dla innych – codzienna irytacja, która z czasem bywa bardziej uciążliwa niż koszty paliwa.

Widoczność, manewrowanie i parkowanie

Huracán jest niski, szeroki i ma ograniczoną widoczność do tyłu. Manewrowanie nim po wąskich parkingach centrów handlowych wymaga dużej uwagi i najlepiej – zaufania do czujników oraz kamer. Parkowanie równoległe między dwoma autami na ciasnej uliczce miasta to przepis na pot, przyspieszone bicie serca i nadzieję, że nikt nie przytrze wystającego narożnika zderzaka.

Codzienność w korkach i na dłuższych trasach

Po dwóch godzinach w popołudniowym korku człowiek przestaje myśleć o osiągach, a zaczyna o tym, jak bardzo spocił mu się lewy nadgarstek od ciągłego trzymania kierownicy w tej samej pozycji. Huracán stoi, wentylatory pracują, ludzie obok wyciągają telefony, żeby zrobić zdjęcie, a ty powoli marzysz o czymkolwiek z miękkim zawieszeniem i wysokim profilem opony. Ekscytacja z poranka zamienia się w zwykłe zmęczenie.

W korku wychodzą na jaw wszystkie kompromisy takiego auta. Automat czasem szarpnie przy pełzaniu, pedał gazu, nawet w trybie STRADA, bywa zbyt czuły, a każda nierówność odcina się na plecach. Dłuższa trasa autostradowa jest z kolei zaskakująco znoszalna, ale tylko przy założeniu, że jedziesz we dwie osoby, bez wielkiego bagażu i akceptujesz wyższy hałas przy prędkościach pod autostradowe maksimum.

Po kilku takich dniach sporo właścicieli modyfikuje swoje przyzwyczajenia: wyjazd do biura pół godziny wcześniej, powrót nie w szczycie, planowanie dłuższych tras z przerwami częściej niż dotąd. Nie dlatego, że Huracán nie da rady, ale dlatego, że kierowca szybciej się męczy niż w zwykłym, dobrze wyciszonym sedanie.

Interakcje z otoczeniem: zachwyty, zaczepki i zazdrość

Na światłach ktoś obok otwiera szybę i pyta o moc. Na stacji benzynowej podchodzi nastolatek z prośbą o zdjęcie. Na parkingu pod blokiem sąsiad z trzeciego piętra już któryś raz zagaduje o spalanie i „ile to leci”. Pierwszego dnia to miłe. Po miesiącu bywa męczące.

Lamborghini jeżdżone codziennie to nieustanna ekspozycja na ludzi. Z jednej strony buduje to fajne, pozytywne sytuacje – uśmiechy dzieci, rozmowy z pasjonatami, zwykła życzliwość. Z drugiej strony pojawiają się też zaczepki w stylu „to z naszych podatków?”, zbyt bliskie podjazdy pod tylny zderzak „żeby nagrać na Instagrama”, czy prowokacje na drodze ze strony kierowców, którzy koniecznie chcą „się ścigać”.

Po jakimś czasie kierowca zaczyna jeździć bardziej „anonimowo”, mimo że to brzmi absurdalnie w kontekście Lamborghini. Unika głośnych przegazówek w mieście, nie parkuje w najbardziej newralgicznych punktach, wybiera stacje benzynowe poza największym ruchem. Huracán w roli daily wymaga nie tylko cierpliwości do infrastruktury, ale też do ludzi.

Przestrzeń, bagaż i logistyczne drobiazgi

Wyjazd na weekend we dwoje potrafi zamienić się w małą grę Tetris. Dwie średnie walizki? Zapomnij, chyba że są miękkie i gotowe do upychania. Laptop, plecak, buty do biegania, kurtki – nagle każdy przedmiot trzeba planować z wyprzedzeniem, bo bagażnik z przodu i przestrzeń za fotelami mają swoje bardzo twarde ograniczenia.

Codzienne, drobne zadania logistyczne też wyglądają inaczej. Zakupy „na szybko” po pracy kończą się jedną, dwoma torbami, bo więcej po prostu nie ma gdzie sensownie odłożyć. Odbiór paczki w paczkomacie – jeszcze ujdzie, ale jak karton okaże się większy, niż przewidywałeś, stajesz na parkingu i zastanawiasz się, co z nim zrobić. Transport rośliny w doniczce, krzesła, małego sprzętu RTV czy choćby większego plecaka dziecka z treningu zwykle wymaga już „drugiego auta w domu” albo proszenia kogoś o pomoc.

Po kilku tygodniach okazuje się, że kierowca Huracána na co dzień robi mniej „spontanicznych” rzeczy: rzadziej zajeżdża po drodze do marketu budowlanego, unika przewozu czegokolwiek, co może pobrudzić lub porysować wnętrze, a dłuższe wyjazdy planuje pod kątem bagażu niczym lot tanimi liniami. To cena za codzienne obcowanie z autem, które z definicji nie powstało z myślą o praktyczności.

Zmęczenie psychiczne i nieustanna czujność

Kiedy jedziesz zwykłym kompaktem, odruchowo akceptujesz ryzyko małej rysy na drzwiach od obcego auta na parkingu. Boli, ale nie zmienia dnia. W przypadku Huracána każda taka drobnostka urasta do rangi prawdziwego problemu – finansowego, czasowego i emocjonalnego.

Umówienie naprawy u lakiernika, który ogarnia lakiery i lakiery bezbarwne na tej klasy aucie, dojazd, czas postoju, ryzyko, że powłoka nie będzie identyczna – to wszystko ląduje w głowie właściciela za każdym razem, gdy parkuje „wśród ludzi”. Efekt jest taki, że wielu kierowców zaczyna kompulsywnie wybierać lepsze miejsca, chodzić dalej pieszo, unikać ciasnych parkingów podziemnych czy ulic pełnych „drzwi otwieranych łokciem”.

Do tego dochodzi zwykła czujność na drodze: większa szerokość auta, niższy prześwit, moc, która w sekundę może przeniknąć w poślizg tylnej osi na mokrym asfalcie. Przy dłuższych przebiegach w ciągu dnia to ciągłe mikrozawahania i decyzje: czy zdążę wyhamować, czy zmieszczę się między krawężnikami, czy ten bus mnie zauważy. Z czasem wielu właścicieli spontanicznie ogranicza przebiegi dzienne, żeby zwyczajnie mniej się męczyć psychicznie.

Mini-wniosek: codzienność z Huracánem to ciąg kompromisów

Lamborghini jako daily potrafi być fascynujące, ale też bezlitośnie obnaża, jak bardzo nasza infrastruktura i miejskie nawyki są skrojone pod zwykłe auta. Kto zaakceptuje potrzebę ciągłego planowania – gdzie zaparkuje, jak pojedzie, co zabierze ze sobą – ten będzie czerpał z tego samochodu ogrom satysfakcji. Dla kogo codzienność musi być maksymalnie bezproblemowa, w pewnym momencie takie życie z Huracánem zacznie zwyczajnie męczyć.

Wnętrze Lamborghini Huracán z czerwonymi skórzanymi fotelami i kierownicą
Źródło: Pexels | Autor: Nikola Kojević

Ukryte koszty: paliwo, serwis, części i zużycie przy jeździe „daily”

Realne spalanie w mieście i poza nim

Tankowanie Huracána codziennie lub co drugi dzień szybko staje się rytuałem. Przebieg 200–300 kilometrów na baku przy dynamicznej jeździe w mieście nie jest niczym zaskakującym, a przy ciężkim korku i częstym odpalaniu silnika może być gorzej. Liczby na dystrybutorze rosną znacznie szybciej niż w najmocniejszym dieslu czy benzynowym hot-hatchu.

Na trasie, przy spokojnej jeździe autostradowej, spalanie może spaść do bardziej „cywilizowanych” wartości, ale to wymaga powstrzymywania się od korzystania z pełnej mocy. Jeżeli Huracán pełni rolę daily, zbiorcza kwota wydana na paliwo po miesiącu potrafi wywołać lekkie uniesienie brwi – zwłaszcza u kogoś, kto wcześniej jeździł mocnym, ale rozsądniejszym autem. Dla budżetu osoby, którą stać na Lamborghni, zwykle nie jest to katastrofa, ale jest to bardzo wyraźna pozycja, której nie da się „nie zauważyć”.

Przyspieszone zużycie hamulców i opon

W codziennym użytkowaniu nie jeździ się ciągle na 100% możliwości, ale masa auta, szerokie opony i okazjonalne „depnięcia” robią swoje. Nawet ceramiczne hamulce nie są wieczne, a przy ciężkiej prawej nodze i intensywnym miejsko-autostradowym trybie życia można je zużyć szybciej, niż się zakładało. Wymiana tarcz i klocków w tym samochodzie to już nie „drobny serwis”, tylko poważny wydatek.

Podobnie z oponami: szerokie, niskoprofilowe gumy o wysokich indeksach prędkości nie przepadają za częstym pełzaniem po progach, ostrymi skrętami na parkingach i uderzaniem w dziury. Każde otarcie o krawężnik, każde uszkodzenie bocznej ścianki oznacza potencjalnie konieczność wymiany całej opony, a przy napędzie na cztery koła – czasem też pary lub kompletu, żeby nie rozjechać różnic między osiami. Koszt kompletu opon potrafi zjeść to, co w „normalnym świecie” wystarczyłoby na małe miejskie auto.

Serwisy okresowe i „drobiazgi”, które nie są drobiazgami

Regularne przeglądy w autoryzowanym serwisie Lamborghini kosztują zdecydowanie więcej niż w nawet bardzo drogim niemieckim sedanie. Sama robocizna jest wyższa, do tego dochodzi cena części oryginalnych i wymaganego oleju, filtrów czy płynów. Przy przebiegach typowych dla auta „weekendowego” jest to akceptowalne. Przy codziennym użytkowaniu, kiedy rocznie robisz kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy kilometrów, te kwoty zaczynają się kumulować.

Dochodzi też „koszt czasu”: umawianie wizyt, dojazdy do serwisu oddalonego często o kilkadziesiąt kilometrów, konieczność zostawienia auta na dzień lub dwa. Jeżeli Huracán jest Twoim głównym środkiem transportu, każda taka wizyta wymaga albo korzystania z zastępczego samochodu, albo logistycznego kombinowania, jak ogarnąć codzienne obowiązki bez niego.

Naprawy po drobnych przygodach: lakier, felgi, wnętrze

Drobne parkingowe otarcie w zwykłym aucie bywa co najwyżej irytujące. W Huracánie oznacza często konieczność kontaktu z serwisem wysokiej klasy, który potrafi dobrać lakier, zachować fabryczną strukturę, nie zostawić „przejścia” na elemencie. To wszystko kosztuje. Podobnie z felgami: wąska opona i nisko schodzący rant sprawiają, że spotkanie z krawężnikiem przy nieudanym parkowaniu kończy się naprawą albo wymianą felgi, a nie tylko małym śladem do przetarcia pastą polerską.

Wnętrze również jest delikatniejsze niż w zwykłych autach: alcantara, skóra, karbonowe elementy nie lubią brudnych toreb z siłowni, ostrych kantów pudełek ani domowych drobiazgów wrzucanych „byle jak”. Utrzymanie kabiny w świetnym stanie, przy codziennym użytkowaniu, wymaga albo dużej dyscypliny, albo częstych, profesjonalnych zabiegów detailingowych. To kolejny, stale powracający wydatek.